wtorek, 20 października 2020

nie bój się zmarłych

Próbowałem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz byłem w nocy koło cmentarza. To musiało być ćwierć wieku temu. Mieszkałem w Gdańsku, a koleżanka, która organizowała Sylwestra, mieszkała blisko oliwskiej nekropolii. Swoją drogą nad wyraz dobra to była impreza...
Wtedy było głośno, gwarno i wesoło, przedwczoraj zaś byłem sam. Skraj lasu, bezksiężycowa noc i, nie licząc mnie, żywej duszy nie uświadczysz. Od czasu do czasu samochód przejechał,
a tak poza tym cisza, cmentarz i gwiazdy.
Chciałem pokazać, jak takie miejsce może wyglądać. Oddać nastrój, a może coś więcej. My,
na małej planecie pośród gwiazd, zajęci swoimi sprawami i przemijaniem, tak krusi względem kosmicznego absolutu... a z drugiej strony czy ta przyziemność, dosłownie, nie powinna być nam bliższa? Być może właśnie teraz?
Zdjęcie to nie tylko kadr. To zapis chwili, to często opowieść, wspomnienia, a czasem pytania, które mamy w głowie albo sercu.
Stanąłem tuż za przydrożnym cmentarzem. Pogrążyłem się w ciszy, kontemplując spokój nocy
i miejsca. Było dobrze po północy, chłodno i gwieździście. Jedynymi źródłami światła były znicze oraz niebo. Nie chciałem włączać latarki w kalkulatorze, by nie psuć nastroju, a może...
dość powiedzieć, że w takich warunkach, kiedy ekran rejestruje głównie czerń, ustawienie optymalnej scenerii to tak naprawdę metoda prób i błędów. Robię zdjęcie, patrzę i na jego podstawie zmieniam położenie i ustawienia aparatu. Dosłownie po omacku.
Tu, myślę, ważna podpowiedź: proponuję robić selekcję od razu, na miejscu. Jeżeli warunki
nie są ulotne, nie jest to mecz piłki nożnej czy koncert gwiazdy, dobrze jest od razu usuwać te zdjęcia, które wyszły gorzej. Chodzi o to, że następnego dnia siedziałem i przeglądałam kilkanaście ujęć, czasem podobnych do siebie, a nie pamiętałem już za dobrze, dlaczego decydowałem się jakieś powtórzyć. Pół biedy, jeśli są to zdjęcia dzienne. Zupełnie inaczej przegląda się jednak takie, na których, bez rozjaśnienia, widać głównie ciemną powierzchnię
z kilkudziesięcioma jaśniejszymi punkcikami a uwierzcie, że twarz czy lampa, odbijana w ekranie smartfona, nie pomagają w dostrzeżeniu ważnych różnic czy niuansów. Dlatego, aby oszczędzić sobie czasu i nerwów, zalecałbym natychmiastowe oddzielanie ziaren od plew.
Sam proces poprawiania fabryki też wymaga kilku słów wyjaśnienia. Pierwsza rzecz - tryb nocny. Jest świetny w swoich algorytmach, ale nie w przypadku zdjęć pozamiejskich, bez latarni, domów, samochodów czy neonów. Po prostu wpuszcza za mało światła i jest ciemno. Poza tym, w przypadku mojego kalkulatora, tryb nocny zapisuje zdjęcie jako .jpg, a w tym przypadku będziemy potrzebować jak najwięcej informacji zapisanych w pliku. Tu walka jest o każdy bajt danych.
Na marginesie - jeżeli macie smartfon z kilkoma obiektywami, to może się okazać, że tryb ręczny będzie działał tylko z jednym, podstawowym. Tak jest w moim przypadku. To może rodzić konsekwencje takie, że raw i kroczący z nim jpg będą miały różne proporcje. Już tłumaczę: ustawiłem domyślnie, dla zdjęć "normalnych", rozmiar kadru maksymalny, obejmujący cały ekran kalkulatora (spektakularny efekt, kiedy obraz wręcz wylewa się z telefonu, polecam). Niestety, RAW jest rejestrowany u mnie w proporcji 3:4. To oznacza, że całe misterne kadrowanie, ustawianie się z pietyzmem... no na nic, bo w podglądzie i przy wykonywaniu ujęcia widzę obraz .jpg, zaś RAW będzie miał inne proporcje, będzie ucięty z dłuższego boku. Nauczony więc doświadczeniem ustawiłem takie same proporcje.
Kolejna sprawa to właśnie wyciąganie ze zdjęcia jak najwięcej. Miejmy na uwadze to, że nasza matryca jest fizycznie niewielka, prawdopodobnie zdjęcie zostanie wykonane z użyciem wysokiej wartości ISO (światłoczułość), czego efektem ubocznym będzie tak zwany szum, czyli drobne ziarenka, bardzo niepożądane. Jeśli macie tryb manualny (pro), to jest duża szansa, że da się zapisywać plik jako RAW (.dng). Dzięki temu mamy możliwość wyciągnięcia wielu szczegółów
ze zdjęcia oraz poprawić je w sposób jak najmniej inwazyjny.
I tu ciekawostka. Nie wiem czemu, ale zdecydowałem się tym razem wykorzystać do obróbki podstawowej Snapspeed, zamiast Photoshopa czy Lightrooma. Wyciągnąłem, ile się dało, zapisałem, a następnie zacząłem się zastanawiać, którym programem usunę szum. Powstał,
bo plik wyjściowy był za ciemny, a po wszystkim trzeba było choć ciut wyostrzyć. Postanowiłem wykonać eksperyment i skorzystałem z obu programów do tej operacji. Porównałem potem oba pliki, zestawiłem je z RAWem oraz tym ze Snapspeeda... i sami zobaczcie.
 
Tyle waży plik źródłowy, ponad 20 mega.

Taką wagę miał po wstępnej obróbce i zapisie do pliku .jpg. Połowa zniknęła!

Po odszumieniu powyższego w Photoshopie Express, z grubsza porównywalnie...

... a tak potraktował odszumieniem (zdjęcia po Snapspeedzie) Lightroom - ponad połowa mniej!
 
Myślę, że jest to ważna informacja dla każdego, kto chce potem drukować. Efekt podobny (choć według mnie Photoshop Express lepiej sobie poradził), ale straty w danych zapisanych w zdjęciu są zbyt duże. Być może w innej sytuacji te różnice będą inne, dość powiedzieć, że chyba warto sprawdzać efekt naszej pracy także i pod tym kątem.
A tak na koniec... pamiętam czasy, kiedy to zdjęcia z lustrzanek, przy ISO 800, tak szumiały, jak teraz z mojego kalkulatora. Ciekawe, prawda?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz