Było cicho, nie licząc delikatnego wiatru czy sporadycznie łamanych gałązek przez zwierzęta, gdzieś za plecami w lesie. Stałem, a raczej klęczałem między bramą do cmentarza a ścianą drzew. Żadnej latarni, żadnego człowieka obok, choć to ostatnie, ze względu na sytuację, była raczej dobrą okolicznością. Nie wiem, jak bym zareagował, gdyby nagle tuż obok mnie ktoś stanął...
Bezksiężycowa, gwieździsta noc i wejście do nekropolii. Gdzieś przy drodze, na prowincji, niemal w lesie. Jeżeli ktoś kiedykolwiek grał w "Heroes of Might and Magic", ten bardziej zrozumie.
Nie miałem jednak w głowie scen batalistycznych z gry. Czułem taki... ostateczny spokój. Po prostu. Myślę, że to ciekawe doświadczenie.
Dwa dni później, wieczorem i bez światła, usiadłem do tych zdjęć. Tym razem dałem szansę, od początku do końca, Lightroomowi. Okazało się, ze praca tylko i wyłącznie w tym środowisku nie zdemolowała plików. Co więcej, okazała się nawet przyjemnością i da się zauważyć subtelności, jeśli chodzi o efekt końcowy i traktowanie zdjęcia przez poszczególne narzędzia, spotykane w innych aplikacjach. Inaczej pracuje choćby ostrzenie, kontrastowanie, zarządzanie czernią czy cieniem.
Dość powiedzieć, że tak wyszło, wagowo, tylko po samym LR:
Nie mogłem się zdecydować, jaki charakter nadać temu miejscu. Postanowiłem więc zrobić to na dwa sposoby. Stąd też jest tytuł wpisu; ciepło czy zimno, jak lepiej? Które bardziej przemawia do wyobraźni?



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz